Sześć decyzji, których nie powinieneś podejmować jako szef. Psychologia odpuszczania

Dobry szef potrafi decydować i brać za swoje decyzje odpowiedzialność, ale umie też upodmiotowić zespół, dając podwładnym poczucie sprawczości. Oto sześć decyzji, których podejmowanie dobry szef umie odpuścić. Dla dobra zespołu… i własnego. Dwa poziomy strategii Strategię każdej organizacji można – nieco upraszczając – podzielić na dwa podstawowe poziomy. Pierwszy jest domeną właścicieli i zarządu – to na nim zapadają kompleksowe, długofalowe decyzje dotyczące całej firmy, jej polityki i rozwoju. Na poziom drugi składa się szereg strategii wdrożeniowych, implementacyjnych, związanych z działaniem poszczególnych obszarów czy działów. Decyzja pierwsza: „Ja to wszystko wdrożę” To właśnie decyzje związane z wdrażaniem mikrostragegii są na pierwszym miejscu wśród tych, które dobry szef powinien odpuszczać. Dlaczego? Bo to ludzie wiedzą najlepiej, jak skutecznie zrealizować większą strategię w niewielkim obszarze. Wiedzą, co trzeba zrobić, co można zrobić, a czego zrobić się z dostępnymi zasobami absolutnie nie da. Szefie – nie decyduj za nich, pozwól im współtworzyć organizację, zaufaj. To da wymierne efekty nie tylko w postaci sprawnego wdrożenia strategii, ale także wzrostu motywacji i zaangażowania. Bezpłatny e-book: Nowoczesne i mądre przywództwo Jak przewodzić zespołowi w zmieniających się czasach, motywować ludzi i budować zaangażowanie – praktyczne wskazówki dla liderów. Decyzja druga: „Sam rozwiążę wszystkie problemy” Szefowie mają czasem tendencję do wchodzenia w rolę mediatorów w prostych sprawach, które tak naprawdę nie wymagają ich zaangażowania. Oczywiście – są sprawy poważne, grożące realnym konfliktem w zespole, przy których udział szefa jest niezbędny. Jeśli jednak pracownicy zrzucają (bo mogą, bo szef im na to pozwala) odpowiedzialność za proste kwestie, takie jak choćby ustalenie grafiku urlopów, to najwyższy czas na zmianę modelu. Mówiąc nieco kolokwialnie, nie daj się wkręcić w mikrozarządzanie. Decyzja trzecia: „To nie moje kompetencje, ale przecież ja wiem lepiej” Dobry szef pozwala ludziom wykonywać pracę, do jakiej ich zatrudnił. Właściciel nie wchodzi w kompetencje prezesa, prezes nie decyduje za dyrektorów działów, a już na pewno nie rozmawia o ważnych kwestiach bezpośrednio z pracownikami, pomijając w ogóle dyrektora w ścieżce komunikacji służbowej. Innymi słowy, szef nie podejmuje decyzji, które nie należą do poziomu jego obowiązków. To nie znaczy, że odcina się od organizacji. Powinien się nią interesować, dostrzegać problemy i rozmawiać o nich, ale nie podejmować decyzji zamiast osób, które są bezpośrednio odpowiedzialne za jakiś obszar. Odbierając podwładnym decyzyjność w sprawach, które należą do zakresu ich obowiązków, pozbawia się ich sprawczości. A pozbawiając sprawczości, odbiera się im szacunek zespołu. Co więcej: w pewnym momencie takiemu szefowi zabraknie energii na działania naprawdę ważne, takie, które rzeczywiście leżą na jego poziomie kompetencji. Zużyje zasoby emocjonalne, intelektualne i energetyczne na sprawy, którymi w ogóle nie musi i nie powinien się zajmować. Decyzja czwarta: „Niech się tym zajmą księgowi i prawnicy” Innymi słowy: zanim dasz wolną rękę księgowym i prawnikom, zastanów się, czy to naprawdę konieczne. Mówiąc półżartem, księgowi nie są Twoimi pracownikami – są pracownikami Urzędu Skarbowego, którym Ty tylko płacisz. Nigdy nie pozwolą w związku z tym na żadne działanie, które nie jest precyzyjnie dopuszczone w przepisach. Oczywiście, to nie oznacza, że namawiam kogokolwiek do działania w szarej strefie – absolutnie nie. Chodzi jedynie o poziom komplikacji, który zostanie Ci narzucony przez księgowych i prawników w najprostszej nawet sprawie, bo po prostu taka jest ich natura, wynikająca z wykonywanego zawodu. Choćby ta sprawa nie budziła żadnych formalnoprawnych wątpliwości – ot, na wszelki wypadek. Takie przesadne asekuranctwo bywa zabójcze dla biznesu. Decyzja piąta: „Stwórzmy procedurę” To nieco podobny przypadek do opisanego powyżej. Czasem szefowie mają tendencję do tworzenia nowej procedury za każdym razem, kiedy pojawi się jakiś problem. Na wszelki wypadek. Przed podjęciem takiej decyzji zawsze warto się zastanowić, jaka jest statystyczna szansa na to, że problem powróci. Czy naprawdę trzeba się przed tym zabezpieczać kolejną procedurą, komplikującą działanie firmy? Może nie warto krępować organizacji gorsetem sztywnych procedur, a lepiej zachować elastyczność? Procedury są potrzebne tam, gdzie są potrzebne – przy powtarzalnych czynnościach, obarczonych przewidywalnym ryzykiem błędów. Decyzja szósta: „Zwalniam/zatrudniam” Oczywiście nie chodzi o to, żeby w ogóle nie podejmować decyzji o zwalnianiu (i o zatrudnianiu) pracowników. Rzecz w tym, żeby nie podejmować tych decyzji szybko i pochopnie. Jeśli zespół skarży się, że jest przeciążony, nie trzeba od razu tworzyć nowego etatu – być może przeciążenie wynika z kumulacji pracy w ostatnim tygodniu. Kumulacja minie, a nowy pracownik zostanie i nie będzie miał co robić. To samo dotyczy zwolnień – nie rozstawaj się z kimś tylko dlatego, że raz zdarzyło mu się nie dowieźć jakiejś sprawy. Masz jako szef do dyspozycji całą paletę narzędzi, masz wsparcie działu HR – masz czas na zastanowienie przed podjęciem ostatecznych kroków. Dobry szef nie musi decydować o wszystkim. Czasem największą wartością dla zespołu (i dla samego lidera) jest umiejętność odpuszczenia: wdrożeń, drobnych sporów, nadmiaru procedur czy pochopnych decyzji kadrowych. Prawdziwa siła przywództwa zaczyna się tam, gdzie kończy się potrzeba kontroli. Przeczytaj też:
Czy to już mobbing? Gdzie przebiega granica między krytyką a nękaniem

Teoretycznie odpowiedź na tytułowe pytanie jest prosta i można ją znaleźć w kodeksie pracy. Prawo nazywa mobbingiem „działania lub zachowania dotyczące pracownika lub skierowane przeciwko pracownikowi, polegające na uporczywym i długotrwałym nękaniu lub zastraszaniu pracownika, wywołujące u niego zaniżoną ocenę przydatności zawodowej […]”. Proste i klarowne… dopóki nie zapytamy różnych osób, co dla nich oznacza „uporczywe nękanie”. Jedna odpowie, że nękaniem jest polecenie „posprzątaj po sobie, proszę, w pomieszczeniu socjalnym – zwłaszcza pudełko po sardynkach, które zostawiłeś w nim trzy dni temu”. Ktoś inny nie zauważy przejawów mobbingu nawet u szefa, który dzień w dzień narzeka, że musi pracować z bandą kretynów (nie zauważy zwłaszcza wtedy, kiedy sam jest tym szefem). Ten wstęp mógł zabrzmieć żartobliwie, ale mobbing to poważny problem, który potrafi rujnować nie tylko psychikę pracownika, ale też pracę całego zespołu. Jak nie pomylić go ze zwykłym konfliktem? Czy krytyczna uwaga przełożonego to już nękanie? Czy stres, który odczuwam w pracy to efekt mobbingu? Co nie jest mobbingiem? Granice i nieporozumienia Przede wszystkim trzeba mieć świadomość, że zawsze, kiedy ktoś wydaje nam polecenie, uruchamia się mechanizm reaktancji. Na czy polega reaktancja? Ujmując najprościej: kiedy czujemy, że ktoś próbuje odebrać nam sprawczość, reagujemy oporem. To bardzo niekomfortowe uczucie, którego nie da się uniknąć w organizacji zarządzanej hierarchicznie. Tymczasem na rynku pracy rośnie reprezentacja pokolenia, dla którego upodmiotowienie od zawsze jest stanem naturalnym, oczywistą oczywistością. Rośnie też świadomość, że agresywnych zachowań władzy nie należy akceptować. W obu zjawiskach (upodmiotowieniu i niezgodzie na agresję) nie ma oczywiście nic złego, wręcz przeciwnie – są pozytywne i pożądane. Czasem po prostu łatwo się w tym trochę pogubić. Młodszym, bo nie rozumieją, że polecenie szefa nie jest aktem agresji. Starszym, bo nie wiedzą, że nieświadomie przekraczają granice – wkraczali w dorosłość w kompletnie innej, o wiele bardziej bezwzględnej rzeczywistości, i takie też mają wzorce. To delikatna materia, bo czasem granica między zwykłym delegowaniem zadań a systemowym nękaniem bywa wbrew pozorom niezwykle cienka – ale ta granica istnieje i można ją wyznaczyć. Między upodmiotowieniem a rządami twardej ręki Warto także przyjąć model zarządzania, w którym zespół jest upodmiotowiony, a menedżer słucha swoich podwładnych, delegując raczej cele, a nie metody rozwiązania problemów. Ale bywa też, że jakieś zadanie musi być wykonane już, szybko i bez dyskusji, więc szef po prostu wydaje polecenie – i to nie jest mobbing! Niestety, nasz organizm odczyta to prawdopodobnie inaczej, reagując stresem – to podświadomy mechanizm obronny, wykształcony w czasach, kiedy naszych przodków na każdym kroku coś chciało upolować i zjeść. Czyli szef mówi „przepraszam, ale ten raport nie do końca jest taki, na jakim mi zależało, przygotuj, proszę jeszcze jeden”, a nasz mózg wysyła sygnał „Atakują! Chcą cię zabić, a przynajmniej zwolnić z pracy, reaguj! Atakuj, uciekaj, udawaj martwego!”. Zauważ: komunikat jest bardzo neutralny w tonie, być może to przełożony poi prostu źle sformułował zadanie i ma tego świadomość, ale mózg interpretuje to jako atak drapieżnika. Tymczasem mobbingiem nie jest udzielenie informacji zwrotnej, zwrócenie pracownikowi uwagi czy poproszenie o coś, co nie jest wpisane w zakres obowiązków, ale mieści się w zadaniach zespołu („posprzątaj po sobie w socjalnym”). Bezpłatny e-book: Nowoczesne i mądre przywództwo Jak przewodzić zespołowi w zmieniających się czasach, motywować ludzi i budować zaangażowanie – praktyczne wskazówki dla liderów. Kiedy zaczyna się mobbing? Z drugiej strony istnieją zachowania, które wyraźnie przekraczają granicę profesjonalnej komunikacji. Być może pamiętasz, być może znasz z opowieści realia lat 90. Wtedy nikt nie słyszał o upodmiotowieniu, a od szefa wręcz oczekiwano twardej i zdecydowanej postawy – także wobec podwładnych. Dobry menedżer to taki, który potrafi „ustawić zespół do pionu”. Zwłaszcza osoby, które same miały takich szefów, a później awansowały na stanowiska menedżerskie, mogą mieć problem z dostrzeżeniem u siebie granicy między asertywnym przywództwem a zachowaniem o znamionach przemocy czy nękania. Uszczypliwe komentarze dotyczące pracownika (a nie jego pracy), uporczywe ignorowanie, uwagi dotyczące wyglądu – to decydowanie wykracza poza zakres „zwykłej informacji zwrotnej”. Pamiętajmy: mobbing to nie pojedyncze zdarzenie, lecz proces, który niszczy człowieka psychicznie i zawodowo. Ważne jest, aby umieć go rozpoznać, ale także nie nadużywać tego pojęcia. Nie każda trudna sytuacja w pracy to mobbing, ale też nie każde „twarde zarządzanie” mieści się w dopuszczalnych granicach. Umiejętność rozróżnienia jednego od drugiego to dziś jedna z kluczowych kompetencji – zarówno pracowników, jak i menedżerów. Przeczytaj też:
Nagły wzrost sprzedaży – jak nie stracić na sukcesie?

Nagły wzrost sprzedaży brzmi jak spełnienie marzeń każdego przedsiębiorcy i handlowca. Więcej klientów, więcej zamówień, większe przychody – czego można chcieć więcej? Problem pojawia się wtedy, gdy firma nie jest przygotowana na tak szybki rozwój. Świetny wynik sprzedażowy może przeciążyć produkcję, logistykę i obsługę klienta, a w konsekwencji przynieść więcej strat niż korzyści. Tak, dobrze widzisz – ten tytuł nie jest clickbaitem, który ma jedynie zaintrygować i skłonić do lektury. Sukces sprzedażowy naprawdę może stać się dla firmy poważnym problemem, zwłaszcza kiedy przychodzi niespodziewanie. Pułapki nagłego wzrostu sprzedaży Wiele lat temu do firmy, w której wówczas pracowałem, zaczęli wręcz masowo napływać nowi klienci. Jak się dość szybko okazało, przechodzili do nas od naszej największej konkurencji. Zniechęcała ich rosnąca liczba procedur, które zamiast usprawniać proces zakupu, coraz bardziej go utrudniały. Sukces? Bez wątpienia. Sprzedaż wzrosła, zyskaliśmy nowych klientów, a w dodatku przejęliśmy ich od największego konkurenta. Problem polegał na tym, że wzrost nastąpił nagle i nie był organicznym efektem zaplanowanych działań handlowych. Firma nie zdążyła się do niego przygotować. Logistyka nie nadążała z obsługą zamówień – nie tylko nowych klientów, lecz także tych, którzy współpracowali z nami już wcześniej. Trzeba było szybko zdecydować: Nagły wzrost sprzedaży nie oznacza bowiem wyłącznie większych przychodów. To także większe zapotrzebowanie na ludzi, materiały, przestrzeń magazynową, transport i kapitał obrotowy. Jeśli którykolwiek z tych elementów nie nadąża za sprzedażą, sukces może bardzo szybko przerodzić się w kryzys. Wzrost sprzedaży a jakość obsługi klienta Opisałem sytuację szczególną, wynikającą z działania czynników zewnętrznych. Czasami jednak handlowcy, w pogoni za szybkim wzrostem sprzedaży, sami ściągają na firmę i na siebie kłopoty. Przyszedłem kiedyś do nowej pracy jako ambitny, młody handlowiec, który dysponował już dużą siecią kontaktów w całej Polsce. Zacząłem przed nowym szefem roztaczać wizję błyskawicznego pozyskania klientów, których rzeczywiście miałem w swoim portfolio bardzo wielu. Szef był człowiekiem doświadczonym. Doskonale znał rynek i pozycję, jaką zajmowała na nim nasza firma. Ostudził więc mój zapał. Oczywiście cieszył się z możliwości pozyskania nowych klientów, ale zwrócił uwagę, że proponuję mu rewolucję, podczas gdy firmie potrzebna jest ewolucja. Jeżeli jednocześnie pojawi się wielu nowych kontrahentów, w dodatku rozproszonych po całym kraju, możemy nie być w stanie zapewnić im odpowiedniej uwagi i właściwego poziomu obsługi. A przecież nie chodzi wyłącznie o to, żeby klienta zdobyć. Trzeba go jeszcze dobrze obsłużyć i utrzymać. Pozycję rynkową warto więc budować krok po kroku, tak aby wzrost sprzedaży nie odbywał się kosztem jakości obsługi klientów. Bezpłatny e-book: Jak usprawnić proces sprzedaży Praktyczny przewodnik dla właścicieli firm i menedżerów sprzedaży: jak uporządkować proces, żeby handlowcy domykali więcej i drożej. Kiedy warto ograniczyć sprzedaż lub podnieść ceny? Co jednak zrobić, gdy lawina zamówień ruszy nieoczekiwanie i wiadomo, że przyjęcie wszystkich wygeneruje problemy operacyjne? Jednym z rozwiązań może być podniesienie cen, które pozwoli ograniczyć popyt, a jednocześnie zwiększyć rentowność realizowanych zamówień. To trudna, ale świadoma decyzja menedżerska. Firma nie zawsze powinna sprzedawać każdemu, kto chce kupić. Jeżeli nie ma możliwości właściwej realizacji wszystkich zamówień, powinna zdecydować, które z nich są strategiczne i rentowne, a które jedynie zajmują zasoby. W przeciwnym razie może nie tylko nie utrzymać nowych klientów, lecz także stracić dotychczasowych. Stali kontrahenci szybko zauważą, że czas odpowiedzi się wydłużył, jakość obsługi spadła, a ich potrzeby przestały być traktowane priorytetowo. Czasami mniej zamówień, realizowanych przy wyższej marży i lepszej jakości obsługi, oznacza dla firmy znacznie więcej niż rekordowa sprzedaż, która nie przekłada się na rentowność. Kiedy największy klient przestaje być rentowny? Zdarza się również, że najbardziej toksycznym, trudnym i generującym najwięcej problemów klientem jest klient największy. Na pewnym etapie rozwoju firmy może być klientem strategicznym, umożliwiającym wzrost, zdobycie doświadczenia i umocnienie pozycji na rynku. Może jednak przyjść moment, w którym z podpory zamieni się w kotwicę. Największy klient ma duże znaczenie i zazwyczaj doskonale o tym wie. Otrzymuje więc najwyższe rabaty, najlepsze ceny i szczególne warunki współpracy. Oczekuje także wyjątkowego traktowania – i najczęściej rzeczywiście jest traktowany wyjątkowo. Tymczasem zysk, jaki przynosi, może stać się niewspółmiernie niski w porównaniu z czasem, zaangażowaniem pracowników i nakładem pracy, którego wymaga jego obsługa. Jeżeli pojawiają się nowe zamówienia, a możliwości operacyjne firmy nie wzrastają równie szybko, może się okazać, że konieczna będzie rezygnacja właśnie z największego klienta. Innym rozwiązaniem jest gruntowne przebudowanie modelu współpracy: zmiana cen, rabatów, zakresu obsługi, terminów realizacji albo zasad składania zamówień. Nie są to łatwe decyzje, ale czasem okazują się niezbędne, aby firma mogła dalej zdrowo się rozwijać. Jak przygotować firmę na nagły wzrost sprzedaży? Nagły wzrost sprzedaży nie musi prowadzić do kryzysu, jeśli firma odpowiednio szybko oceni swoje możliwości i ustali priorytety. Przed przyjęciem wszystkich nowych zamówień warto odpowiedzieć sobie na kilka podstawowych pytań: W takiej sytuacji kluczowa nie jest maksymalizacja sprzedaży, ale zarządzanie rentownym wzrostem. Czasami oznacza to podniesienie cen, wydłużenie terminów realizacji, ograniczenie oferty albo rezygnację z klientów, którzy zajmują najwięcej zasobów, a przynoszą najmniejszy zysk. Dobry menedżer nie pyta więc wyłącznie: „Jak możemy sprzedać więcej?”. Powinien także zapytać: „Ile możemy sprzedać, aby nadal robić to dobrze?”. Jak rozpoznać, że firma rośnie zbyt szybko? Pierwsze sygnały przeciążenia organizacji często wydają się niegroźne. Pojedyncze opóźnienia, coraz dłuższy czas odpowiedzi, nadgodziny pracowników czy rosnąca liczba reklamacji bywają tłumaczone chwilowym spiętrzeniem pracy. Jeżeli jednak takie sytuacje zaczynają się powtarzać, mogą świadczyć o tym, że sprzedaż rośnie szybciej niż możliwości firmy. Do najważniejszych sygnałów ostrzegawczych należą: Rosnąca sprzedaż przy jednoczesnym pogorszeniu tych wskaźników nie zawsze jest oznaką zdrowego rozwoju. Może być pierwszym etapem poważniejszego kryzysu. Rentowny wzrost zamiast sprzedaży za wszelką cenę Nagły sukces może mieć poważniejsze konsekwencje niż chwilowy kryzys, jeśli firma nie ma wystarczających możliwości adaptacyjnych. Wzrost sprzedaży nie może być celem samym w sobie. Patrząc na rosnące słupki, nie należy tracić z oczu strategicznych priorytetów organizacji. Trzeba pamiętać o jej możliwościach operacyjnych, jakości obsługi, rentowności klientów i długofalowej perspektywie rozwoju. Sukces nie polega na tym, że firma sprzeda wszystko, co może sprzedać. Prawdziwy sukces zaczyna się wtedy, gdy potrafi rosnąć bez utraty jakości, rentowności i zaufania klientów. Przeczytaj też:
Przywództwo a odpowiedzialność pracowników – jak zarządzać bez mikrokontroli?

Jaki model przywództwa wspiera odpowiedzialność wśród pracowników? Zdarza mi się czasem słyszeć od menedżerów komentarze w rodzaju: „Moi ludzie są jak dzieci. Wszystko muszę pokazywać im palcem i ciągle kontrolować. Żadnej samodzielności”. Paradoksalnie – szefowie sami często stwarzają sobie ten problem. Są zbyt mocni, za bardzo dominujący, zwyczajnie nie dają ludziom przestrzeni do samodzielności. Nie dostrzegają przy tym, że brak samodzielności to nie jest to cecha pracowników, tylko efekt ich własnego stylu zarządzania. Tam, gdzie pojawia się silna kontrola, ciągłe ocenianie i rozliczanie z każdego szczegółu, ludzie bardzo szybko uczą się jednego: nie warto myśleć samodzielnie. Nie pracują dla efektu: pracują tak, żeby szef był zadowolony. Robią dokładnie to, czego oczekuje. Żeby dać zespołowi poczucie sprawczości – a tylko wtedy będzie samodzielny i odpowiedzialny – nie trzeba rezygnować z komponentu kontroli. Trzeba go tylko odpowiednio zmodyfikować: zamienić „kontroluję twoją pracę” na „jestem zainteresowany – pozwalam ci działać, ale obserwuję i daję informację zwrotną”. Kontrola odbiera sprawczość W organizacjach, w których motywowanie oparte jest przede wszystkim na silnej kontroli, pracownicy zaczynają działać według prostego schematu: W takim modelu znika przestrzeń na inicjatywę i odpowiedzialność. Zamiast myślenia o celu, pojawia się myślenie o poprawnym wykonaniu zadania. Efekt? Zespół działa poprawnie, ale bez zaangażowania i bez poczucia współtworzenia wyniku. Bezpłatny e-book: Nowoczesne i mądre przywództwo Jak przewodzić zespołowi w zmieniających się czasach, motywować ludzi i budować zaangażowanie – praktyczne wskazówki dla liderów. Skrajne modele przywództwa – oba złe Danie ludziom przestrzeni nie oznacza rzecz jasna całkowitego braku nadzoru. Źle, gdy szefa jest za dużo, ale nie oznacza to, że szef powinien być nieobecny – to dwa skrajnie odmienne, ale jednakowo nieefektywne style zarządzania: 1. Nadmierna kontrola Szef określa nie tylko cele, ale również sposób ich realizacji. Monitoruje każdy krok i rozlicza z detali. Skutek: 2. Brak przywództwa Szef nie definiuje kierunku lub wycofuje się z roli lidera. Skutek: Co szczególnie ważne, skuteczny model przywództwa nie leży „gdzieś pośrodku” między tymi skrajnościami. Skuteczność jest gdzie indziej: w świadomym zarządzaniu przestrzenią decyzyjną. W delegowaniu pracownikom celów strategicznych, ale nie sposobów realizacji tych celów. W analizowaniu realizacji celów – co poszło dobrze, które obszary wymagają poprawy, co możemy zrobić lepiej. W szukaniu rozwiązań, nie winnych. Skuteczne przywództwo, odpowiedzialny zespół Skuteczne przywództwo w kontekście budowania samodzielności opiera się na trzech filarach: 1. Jasne cele i ramy Zespół musi wiedzieć: Cele muszą się pojawić i muszą być jasno sformułowane – bez tego zespół nie będzie wiedział, w jakim kierunku ma pójść. 2. Autonomia w sposobie działania Pracownicy powinni mieć realną przestrzeń do decydowania: To właśnie tutaj dzięki poczuciu sprawczości i współdecydowania o mikrostrategiach rodzi się odpowiedzialność. 3. Zainteresowanie zamiast kontroli Kluczowa różnica między kontrolą a przywództwem wspierającym samodzielność polega na podejściu do monitorowania pracy. Kontrola mówi: „pokaż mi, czy zrobiłeś to dokładnie tak, jak chciałem”. Zainteresowanie mówi: „jak ci idzie? Co widzisz? Gdzie potrzebujesz wsparcia?”. To różnica subtelna, ale fundamentalna dla budowania sprawczości. Przywództwo sytuacyjne – dostosowane do człowieka i zadania Jednym z najbardziej praktycznych (choć wymagających) modeli jest przywództwo sytuacyjne, które zakłada, że nie ma jednego uniwersalnego stylu zarządzania. Inaczej pracujemy z osobą doświadczoną i samodzielną, znającą swoje zadania i miejsce w organizacji, a inaczej z pracownikiem nowym lub obsadzonym w nowej roli. W praktyce oznacza to: Kluczowe jest jednak to, że nawet przy większym wsparciu nie powinno się odbierać odpowiedzialności – tylko pomagać ją zbudować. Przywództwo sytuacyjne to także kontrola adekwatna do zadań – tam, gdzie pojawia się wiele komponentów „twardych”, związanych z jakością czy procedurami bezpieczeństwa, tam siłą rzeczy zmniejsza się obszar samodzielności pracownika. Unikać błędów, ale nie bać się porażek Jednym z najważniejszych elementów wpływających na poziom odpowiedzialności w zespole jest sposób, w jaki organizacja reaguje na błędy. Jeśli każda porażka kończy się: to pracownicy uczą się unikania ryzyka. Jeśli natomiast porażka jest analizowana jako: to zespół zaczyna traktować błędy jako element uczenia się. Gdy ludzie czują, że mogą popełniać błędy, zadawać pytania, że mogą przyznać się do niewiedzy, wtedy pojawia się samodzielność, gotowość do podejmowania decyzji i brania odpowiedzialności. Trzeba rzecz jasna pamiętać, że zespół nie jest monolitem i że tworzą go różni ludzie o zróżnicowanych potrzebach. Także tych związanych z zarządzaniem. Część osób potrzebuje jasnych ram i precyzyjnych wskazówek. To daje im poczucie bezpieczeństwa. Dobry lider rozpoznaje, kto czuje się dobrze, kiedy otrzymuje szczegółowe polecenia, a kto potrzebuje większej autonomii i źle reaguje na mikrozarządzanie. Jednym z kluczowych problemów w organizacjach jest kontrolowanie nie tego, co trzeba. Silni menedżerowie często kontrolują sposób wykonania, zamiast skupić się na wyniku. Tymczasem skuteczne przywództwo powinno egzekwować cele, ale zostawiać przestrzeń na sposób ich realizacji. Podsumowanie: samodzielność nie bierze się z „luźnego stylu zarządzania” Samodzielność nie pojawia się wtedy, gdy szef „odpuszcza”. Pojawia się wtedy, gdy: Odpowiedzialności nie buduje brak kontroli, tylko mądrze zaprojektowana przestrzeń do działania. Najlepsze zespoły nie działają bez lidera. Działają dzięki liderowi, który wie, kiedy mówić „co”, a kiedy oddać ludziom „jak”. Przeczytaj też:
Sprzedawanie to zmiana przekonań klienta. Jak to zrobić?

Wielu handlowców wierzy, że skuteczna sprzedaż polega na perfekcyjnym przedstawieniu zalet produktu. Tymczasem nawet najlepsza prezentacja, najbardziej przekonujące argumenty i doskonała znajomość oferty nie gwarantują sukcesu. Dlaczego? Bo sprzedaż nie jest sztuką opowiadania o produkcie. Sprzedaż jest sztuką zmiany przekonań klienta. Dlaczego sprzedaż nie polega na mówieniu o przewagach produktu? Jeszcze kilkanaście lat temu handlowiec był głównym źródłem informacji o produkcie lub usłudze. Dziś sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Klienci przed rozmową sprzedażową samodzielnie sprawdzają opinie, porównują rozwiązania i analizują dostępne informacje. W wielu przypadkach wiedzą o produkcie niemal tyle samo, co sprzedawca. Dlatego skuteczna sprzedaż nie polega już na przekazywaniu informacji. Kluczowe staje się zrozumienie emocji klienta oraz wsparcie go w podjęciu właściwej decyzji zakupowej. Rolą handlowca nie jest więc wygłoszenie prezentacji sprzedażowej. Jego zadaniem jest wejście w świat klienta, poznanie jego sytuacji, potrzeb, obaw i przekonań. A właśnie te przekonania często blokują zakup. Skuteczna sprzedaż zaczyna się od zrozumienia klienta Każdy klient podejmuje decyzje na podstawie własnych doświadczeń, opinii i założeń. Problem polega na tym, że nie wszystkie te założenia są prawdziwe. Klient może wierzyć, że: W takich sytuacjach nie wystarczy przedstawienie kolejnych argumentów sprzedażowych. Skuteczny handlowiec pomaga klientowi spojrzeć na sytuację z innej perspektywy i samodzielnie dojść do nowych wniosków. To właśnie wtedy następuje prawdziwa zmiana przekonań. Bezpłatny e-book: Jak usprawnić proces sprzedaży Praktyczny przewodnik dla właścicieli firm i menedżerów sprzedaży: jak uporządkować proces, żeby handlowcy domykali więcej i drożej. Dlaczego wielu handlowców nadal sprzedaje nieskutecznie? Mimo zmian na rynku sprzedaży wielu sprzedawców nadal jest szkolonych według starych schematów. Uczą się mówić do klienta zamiast go rozumieć. Ich celem często staje się „sprzedanie produktu”, a nie pomoc w rozwiązaniu problemu. W efekcie budują swoje kompetencje metodą prób i błędów: Takie wnioski bywają bardzo niebezpieczne. Pojedyncza sprzedaż nie oznacza jeszcze, że zastosowana metoda była właściwa. Często handlowcy powielają zachowania, które przypadkowo przyniosły efekt, zamiast analizować prawdziwe przyczyny sukcesu. Jak zmienić przekonania klienta i zwiększyć skuteczność sprzedaży? ajlepsi sprzedawcy nie próbują przekonać klienta na siłę. Pomagają mu samodzielnie odkryć, dlaczego zmiana może być dla niego korzystna. W praktyce oznacza to: Zadawanie właściwych pytań Dobre pytania pozwalają dotrzeć do prawdziwych potrzeb klienta, które często nie są widoczne na początku rozmowy. Aktywne słuchanie Klient chce być wysłuchany i zrozumiany. Im większe poczucie bezpieczeństwa podczas rozmowy, tym większa gotowość do otwartości. Parafrazowanie i doprecyzowanie Pokazanie klientowi, że naprawdę rozumiemy jego sytuację, buduje zaufanie znacznie skuteczniej niż kolejna prezentacja produktu. Łączenie rozwiązania z realnymi potrzebami Dopiero gdy znamy prawdziwe potrzeby klienta, możemy pokazać wartość rozwiązania. Przykład: „Wspominali Państwo, że zależy Wam na odzyskaniu czasu. To rozwiązanie automatyzuje najbardziej czasochłonne procesy i pozwala skupić się na zadaniach strategicznych.” Takie argumenty trafiają znacznie skuteczniej niż standardowa lista funkcji i przewag konkurencyjnych. Klient kupuje lepszą wersję siebie Wbrew powszechnej opinii ludzie rzadko zmieniają zdanie pod wpływem samych argumentów. Znacznie częściej zmieniają przekonania wtedy, gdy zobaczą korzyść dla siebie. Klient nie kupuje produktu. Kupuje efekt, jaki ten produkt pozwoli osiągnąć. Kupuje wizję siebie: To właśnie dlatego emocje odgrywają tak ogromną rolę w procesie sprzedaży. Psychologia sprzedaży: dlaczego słuchanie jest ważniejsze niż mówienie? Większość ludzi nie szuka informacji, które podważą ich przekonania. Naturalnie poszukujemy dowodów potwierdzających to, w co już wierzymy. Jeżeli handlowiec próbuje narzucić klientowi własny sposób myślenia, bardzo często spotyka się z oporem. Znacznie skuteczniejszym podejściem jest stworzenie przestrzeni do rozmowy i wspólnego odkrywania najlepszych rozwiązań. Dlatego w nowoczesnej sprzedaży więcej słucha się niż mówi. Podsumowanie: sprzedaż to sztuka zmiany przekonań W większości branż problemem nie jest dziś brak dobrych produktów. Problemem jest ich nadmiar. Klienci nie potrzebują kolejnych prezentacji i kolejnych list korzyści. Potrzebują pomocy w podjęciu właściwej decyzji. Dlatego skuteczna sprzedaż nie polega na wywieraniu presji ani na przekonywaniu za wszelką cenę. Polega na zrozumieniu klienta, odkrywaniu jego potrzeb i wspieraniu go w zmianie przekonań. Bo ostatecznie sprzedaż nie jest sztuką prezentacji produktu. Jest sztuką rozumienia ludzi. Przeczytaj też:
Jak zdobyć zaufanie klienta i zwiększyć skuteczność sprzedaży?

Zanim odpowiemy na tytułowe pytanie, zastanówmy się najpierw nad innym, nasuwającym się odruchowo: po co? Przecież zadanie handlowca to zaprezentować i sprzedać produkt lub usługę. Co ma do tego zaufanie? W skrócie: wszystko. Sprzedaż nie jest racjonalna Pamiętajmy – w sprzedaży najważniejsze są emocje. Decyzje zakupowe rzadko zapadają na poziomie racjonalnej, logicznej analizy. Najlepsza prezentacja, najbardziej racjonalne argumenty – nic z tego nie zadziała, jeśli klient nam nie zaufa, nie wpuści nas do swojego świata. Przeciwnie – im bardziej handlowiec będzie się starał, tym silniejszy może wzbudzić opór przed zakupem. Klient, który widzi sprzedawcę pierwszy raz w życiu, nie zna go, nic o nim nie wie i najprawdopodobniej instynktownie mu nie ufa. A to oznacza, że w ogóle nie słyszy wszystkich peanów na temat produktu. Pomyśli raczej: „No tak, naciągacz”. Bezpłatny e-book: Jak usprawnić proces sprzedaży Praktyczny przewodnik dla właścicieli firm i menedżerów sprzedaży: jak uporządkować proces, żeby handlowcy domykali więcej i drożej. Dlaczego zaufanie klienta jest kluczowe? Zaufanie jest potrzebne, żeby klient w ogóle nas usłyszał. Dopiero wtedy, gdy poczuje się bezpiecznie, dezaktywują się w jego mózgu ewolucyjne mechanizmy obronne, a argumenty, które wcześniej odbijały się od niego jak piłeczki pingpongowe od stalowego pancerza, nagle trafiają na żyzny grunt. Nie bez powodu doświadczeni handlowcy mawiają, że przy dobrze przeprowadzonej rozmowie klient przekonuje do zakupu sam siebie. Teraz, gdy wiemy już, dlaczego zaufanie klienta jest kluczowe, pojawia się kolejne pytanie: jak to zrobić? Jak sprawić, by zaufała nam zupełnie obca osoba, skoro często mamy na to zaledwie kilka minut? Czy to w ogóle możliwe? Jak zbudować zaufanie klienta? Możliwe. Co więcej – można się tego nauczyć. Na początku bywa to trudne, szczególnie dla handlowców uczonych, że skuteczna sprzedaż oznacza wywieranie presji i nieustanne zasypywanie klienta argumentami. Tymczasem budowanie zaufania wymaga czegoś zupełnie odwrotnego. Nie można się spieszyć. Nie można za wszelką cenę skracać drogi do zamknięcia sprzedaży, bo zwykle kończy się to niepowodzeniem. Trzeba natomiast na chwilę wyjść z relacji „sprzedawca–klient” i wejść w relację „człowiek–człowiek”. Klient musi zobaczyć, że naprawdę chcemy go usłyszeć i zrozumieć. Warto pozwolić mu mówić, zadawać pytania i interesować się jego perspektywą. Nawet zwykły small talk o sprawach pozornie niezwiązanych z ofertą może być świetną okazją do pokazania autentycznego zainteresowania drugą osobą. Nie trzeba również obawiać się szczerych komplementów czy docenienia rozmówcy. Proste zdanie: „To bardzo ciekawe, co Pan mówi” potrafi skutecznie przełamać pierwsze bariery. Przez cały czas należy pamiętać o jednym – nie warto się spieszyć. Budowanie zaufania jest często jednym z najdłuższych etapów procesu sprzedażowego, ale jednocześnie jednym z najważniejszych. To właśnie dzięki niemu klient otwiera się podczas badania potrzeb, mówi prawdę o swoich problemach i oczekiwaniach, a handlowiec może przygotować ofertę, która rzeczywiście odpowiada na jego sytuację. Budowanie zaufania nie oznacza manipulacji A skoro mowa o kolejnych etapach sprzedaży, warto podkreślić dwa bardzo ważne założenia. Po pierwsze, budowanie zaufania nie może służyć oszukiwaniu klienta. Nie chodzi wyłącznie o kwestie etyczne. To po prostu nieopłacalne. Jeśli wykorzystamy zaufanie klienta po to, by sprzedać mu coś, czego nie potrzebuje, konsekwencje wrócą do nas szybciej, niż mogłoby się wydawać. Stracimy nie tylko klienta, ale często również jego rekomendacje i potencjalne kolejne zakupy. Po drugie, nie można zapominać, że jesteśmy w pracy. Celem handlowca jest sprzedaż, a klient oczekuje profesjonalnego wsparcia w podjęciu decyzji zakupowej. To sytuacja, w której obie strony mogą wygrać. Klient otrzymuje pomoc w rozwiązaniu swojego problemu lub zaspokojeniu potrzeby, a handlowiec realizuje swoje cele sprzedażowe bez konieczności prowadzenia wyniszczającej walki o każdą transakcję. 5 zasad budowania zaufania klienta 1. Zwolnij tempo Presja i pośpiech działają przeciwko Tobie. Próba szybkiego domknięcia sprzedaży często wywołuje opór zamiast decyzji zakupowej. 2. Wyjdź z roli sprzedawcy Zamiast budować relację „sprzedawca–klient”, postaw na relację „człowiek–człowiek”. Autentyczność działa skuteczniej niż perfekcyjnie wyuczona prezentacja. 3. Słuchaj, zamiast mówić Daj klientowi przestrzeń. Pozwól mu opowiedzieć o swojej sytuacji i potrzebach. Pokaż, że naprawdę chcesz go zrozumieć. To jedna z najprostszych i najskuteczniejszych dróg do budowania zaufania. 4. Wykorzystaj small talk Rozmowa o neutralnych, nawet pozornie błahych tematach pomaga przełamać dystans i stworzyć bardziej naturalną atmosferę rozmowy. 5. Doceniaj i reaguj Proste komunikaty, takie jak „To bardzo ciekawe, co Pan mówi” lub „Rozumiem, dlaczego jest to dla Pana ważne”, pokazują zaangażowanie i szacunek. A to bezpośrednio wpływa na poziom zaufania. Podsumowanie Zaufanie klienta nie jest dodatkiem do procesu sprzedaży. Jest jego fundamentem. Dopiero wtedy, gdy klient poczuje się bezpiecznie i uwierzy, że naprawdę chcesz mu pomóc, będzie gotowy otwarcie mówić o swoich potrzebach i rozważyć proponowane rozwiązania. Dlatego skuteczna sprzedaż zaczyna się nie od prezentacji produktu, ale od budowania relacji opartej na autentyczności, uważności i zrozumieniu drugiego człowieka. To właśnie zaufanie sprawia, że klient nie tylko kupuje, ale również wraca, poleca i buduje z Tobą długoterminową relację biznesową. Przeczytaj też:
Jak negocjować z własnym zespołem, żeby nie psuć relacji?

Słowo „negocjacje” kojarzy się nam najczęściej z dużymi procesami decyzyjnymi. Negocjuje się milionowe kontrakty, umowy, negocjują organizacje, partie polityczne, całe państwa. Negocjujemy częściej niż nam się wydaje Tymczasem znaczenie tego terminu jest o wiele szersze: wszyscy, każdego dnia jesteśmy negocjatorami. Często w sprawach o wiele mniejszej wagi, ale wciąż dla nas ważnych. Negocjują rodzice nastolatka, którzy chcą, żeby wyrzucił śmieci. Małżonkowie negocjują kierunek wakacyjnego wyjazdu czy termin remontu; a sam remont to już nieustanne pasmo negocjacji, prowadzonych często na kilku różnych frontach. Nie inaczej jest na gruncie zawodowym – w zespole, który opiera się na współpracy, negocjacje trwają przez cały czas. Paradoksalnie, im bardziej zespół jest zaangażowany, im sprawniej jego członkowie się między sobą komunikują, tym więcej pojawia się obszarów do negocjacji – nie zawsze związanych bezpośrednio z zadaniem czy kwestiami merytorycznymi, czasem rodzących się z ludzkich ambicji. Jeżeli w jakimś zespole nie ma sporów, to oznacza, że taki zespół po prostu nie współpracuje. Nie rozmawia ze sobą. Wykonuje zadania „odtąd-dotąd”, bez zaangażowania. Brak sporów nie zawsze jest dobry Uwaga: to nie zawsze jest negatywny objaw. Są branże, w których współpraca nie jest konieczna, wystarczy przydzielić ludziom rutynowe, powtarzalne zadania, rozliczyć realizację i już. Prawda jest jednak taka, że w świecie biznesu (i nie tylko biznesu) jedyną pewną rzeczą jest zmiana. A to oznacza, że czasem trzeba wyjść poza schemat, wykonać zadanie, którego nie przewiduje rutyna, być może nie ma go nawet w podstawowym zakresie obowiązków. Sytuacje sporne, wymagające negocjacji, są więc częścią i codziennością każdej organizacji. Umiejętność prowadzenia mądrego sporu pozwala uniknąć kłótni i rozwiązywać problemy, które mogłyby stać się zarzewiem głębokiego, destrukcyjnego konfliktu. Trudna rozmowa zawsze będzie lepsza od zamiatania kontrowersji pod dywan, od przemilczania w imię świętego spokoju. Trzeba mieć przy tym świadomość, że dobry negocjator więcej czasu poświęca na słuchanie, na próbę zrozumienia potrzeb i uwarunkowań drugiej strony niż na forsowanie swoich racji. Pertraktacje, czyli ustalanie warunków, powinny być dopiero finałem negocjacji i jeśli uprzednio obie strony dobrze poznały swoje głębokie potrzeby, powinny one pójść gładko i spokojnie. Ważne jest odróżnienie tego, co jest absolutnym i nienegocjowanym priorytetem, fundamentalną potrzebą od tego, co można zmienić lub z czego można zrezygnować. Bezpłatny e-book: Nowoczesne i mądre przywództwo Jak przewodzić zespołowi w zmieniających się czasach, motywować ludzi i budować zaangażowanie – praktyczne wskazówki dla liderów. Zespół, który umie się spierać, nie wpada w konflikty Sztuka negocjacji polega więc przede wszystkim na aktywnym słuchaniu i umiejętności zrozumienia drugiej strony. Wydobywania informacji, które nie zawsze są komfortowe, a czasem po prostu trudno je zwerbalizować – zwłaszcza wtedy, gdy w grę wchodzą osobiste ambicje czy obawy. Liderzy nie tylko sami powinni mieć tę umiejętność słuchania, ale też wprowadzić ją do zespołu jako element kultury organizacyjnej. Dobry menedżer powinien być moderatorem w szczególnie ważnych przypadkach, ale jeszcze lepiej, kiedy nauczy swój zespół sztuki negocjacji. Tego, jak się nawzajem usłyszeć i jak znaleźć rozwiązanie, które zaspokoi najważniejsze, strategiczne potrzeby każdej ze stron. W takim zespole, który umie negocjować, głębokie konflikty po prostu nie będą powstawać, bo każda sytuacja sporna zostanie rozwiązana, zanim problem zdąży urosnąć. „Nie przychodźcie do mnie z problemami, które możecie rozwiązać samodzielnie – podejmijcie decyzję i poinformujcie mnie o niej. Przychodźcie do mnie zawsze, kiedy nie radzicie sobie z rozwiązaniem albo nie umiecie wybrać właściwego” – to postawa dobrego lidera. Mądre spory nie osłabiają relacji – one je wzmacniają. Zespół, który potrafi rozmawiać o różnicach, nie boi się napięć i umie je konstruktywnie rozwiązywać, nie tylko osiąga lepsze wyniki, ale też buduje zaufanie. A to właśnie ono jest fundamentem każdej skutecznej współpracy. Przeczytaj też:
Misja i wartości firmy – jak budować silną markę i zaangażowany zespół

Misja i wartości w biznesie, czyli jak budować silną markę i mieć zaangażowanych pracowników Dość często można się spotkać z przekonaniem, że budowanie marki jest domeną dużych firm, zatrudniających całe zespoły specjalistów od marketingu i dysponujących nieograniczonymi budżetami reklamowymi. Nic bardziej błędnego. Marka to ludzie i ich doświadczenia Często o wiele łatwiej zbudować markę właśnie małym przedsiębiorstwom – rodzinnym, czy nawet jednoosobowym. Dla osiedlowego salonu kosmetycznego każda rozmowa z klientką jest bezpośrednią i doskonałą okazją, żeby opowiedzieć o stojących za firmą wartościach – o tym, kim jesteśmy, jak działamy, co jest w naszej pracy wyjątkowe i ważne. To wyjątkowa szansa, którą warto i należy wykorzystać, by po jakimś czasie usłyszeć „Przyszłam do państwa z polecenia mojej znajomej, która jest waszą klientką i wprost nie może się nachwalić. Ufam jej i wiem, że jesteście firmą z pasją”. Oczywiście duże firmy także komunikują o wartościach, tylko w makroskali – nie mają bezpośredniego wpływu na to, co usłyszą ich klienci od pracowników. Bo to pracownicy są niejako twarzami firmy, jej reprezentacją – klienci raczej rzadko mają okazję spotkać się z prezesem czy członkami zarządu, więc budują obraz na podstawie kontaktów z osobami będącymi „na pierwszej linii”. Bezpłatny e-book: Nowoczesne i mądre przywództwo Jak przewodzić zespołowi w zmieniających się czasach, motywować ludzi i budować zaangażowanie – praktyczne wskazówki dla liderów. Coś więcej niż produkt Praca marketingowa nad budową marki opiera się na dwóch głównych zadaniach. Pierwsze jest oczywiste – nasza marka ma być rozpoznawalna. Drugie, trudniejsze, to stworzenie wokół niej otoczki, wykreowanie skojarzeń, które powinna budzić. Czegoś, co sprawi, że klienci wśród tysięcy ofert wybiorą naszą. Że zobaczą coś więcej niż sam produkt czy usługę – luksus, prestiż, wygodę, niezawodność. Wszystko to, co sprawia, że klienci są gotowi zapłacić więcej, że są lojalni, że rekomendują nas w sieci kontaktów. Odwołam się do przykładu rynku motoryzacyjnego – najwięcej zarabiają te firmy, które sprzedają coś więcej niż sam produkt, służący do przemieszczania się z punktu A do punktu B. Niezawodność, bezpieczeństwo, luksus, niepowtarzalny design – u większości osób, nawet pobieżnie interesujących się motoryzacją, te słowa od razu budzą skojarzenia z określonymi markami. Tu właśnie pojawia się przestrzeń dla wartości i misji. Wartości wygrywają, kiedy je widać Kiedy opowiadam o tym na swoich szkoleniach, często odwołuję się do prostego, ale doskonałego przykładu, ilustrującego wykorzystanie wartości do budowania marki; otóż widziałem kiedyś trzy stojące obok siebie na placu food trucki. Na pierwszym widniał duży napis „U NAS NAJTANIEJ”, na drugim „U NAS NAJSMACZNIEJ”, na trzecim zaś „Gotujemy tak, jakbyśmy gotowali dla siebie”. I to właśnie przed trzecim food truckiem ustawiała się największa kolejka. Jego właściciele nie reklamowali prostych przewag konkurencyjnych, ale umieli pokazać pasję, stojącą za ich gastronomicznym biznesem – i to działało. Zawsze działa, trzeba spełnić tylko (lub aż) dwa warunki: po pierwsze, rzeczywiście mieć wartości i się nimi kierować, po drugie umieć je pokazać i zakomunikować. Misja i wartości napędzają zarówno klientów, jak i zespół Wszystko to, co napisałem o budowaniu marki wśród klientów, można też odnieść do zespołu. Nieprzypadkowo misję, wizję i wartości nazywa się często triadą przywództwa. Większość z nas nie chce pracować wyłącznie dla pieniędzy. Lubimy widzieć w naszej pracy sens, mieć poczucie, że robimy coś wartościowego dla siebie i dla innych. To nas napędza, to nas motywuje, pracujemy wydajniej i efektywniej. Oczywiście – stworzenie wyższego celu, nadającego pracy sens, często jest sporym wyzwaniem. Tu nie wystarczy przysłowiowy „uścisk dłoni prezesa” czy owocowy czwartek. Podobnie jak w przypadku budowania marki, wartości, które komunikujemy naszemu zespołowi, muszą być realne – nie wystarczy zapisanie ich na kartce i wywieszenie w pomieszczeniu socjalnym czy biurze. Trzeba je stworzyć, stosować i zbudować wokół nich wiarygodną narrację. Nie trzeba przy tym opierać się na samym produkcie czy usłudze – wartości firmy mogą dotyczyć tego, w jaki sposób działamy, mogą odnosić się do naszego etycznego podejścia do biznesu, do pracowników, do klientów. Misja i wartości to siła firmy – coś, co sprawia, że klienci chcą z nami współpracować, a najlepsi specjaliści na rynku chcą pracować dla nas. To sposób na wysoką sprzedaż, na zmotywowany zespół, na renomę i rozpoznawalność. To droga zarówno dla biznesowych gigantów, jak i mniejszych graczy – bo tu nie jest ważna wielkość i zasoby, lecz pasja, serce i prawdziwe zaangażowanie oraz dar opowiedzenia o nich klientom i pracownikom. Przeczytaj też:
Dlaczego dobre szkolenia nie mogą być tanie?

Można, jak w znanej anegdocie odpowiedzieć: bo jeżeli ma być tanio, nie będzie dobrze, a jeśli ma być dobrze, nie będzie tanio. To jedno z tych zdań, pod którymi podpisze się prawie każdy – o ile akurat nie jest negocjującym cenę klientem. Ale w przypadku szkoleń biznesowych, szkoleń sprzedażowych czy szkoleń z kompetencji miękkich byłoby to zbytnie uproszczenie problemu. Warto więc przyjrzeć się tej kwestii szczegółowo i odpowiedzieć na pytanie, co składa się na dobre szkolenie dla firm i z czego realnie wynika jego cena. Szkolenie to nie wykład Oczywiście, szkoleniowiec musi przeczytać dziesiątki książek, artykułów, być na bieżąco z wiedzą, często z wielu różnych dziedzin – to rzeczywiście łączy go z wykładowcą. Ale na sali szkoleniowej nie czekają na niego słuchacze z akademickim backgroundem, oczekujący jak najpełniejszego przekazania wiedzy. Nowoczesne szkolenia dla firm, szczególnie szkolenia z komunikacji, negocjacji, przywództwa czy sprzedaży, mają zupełnie inny cel. Oprócz wyposażenia uczestników w kompendium wiedzy, swoistą „pigułę” najważniejszych informacji, mają ich przede wszystkim przygotować do zmiany, otworzyć na proces, w którym zbudowane zostaną nowe, dobre nawyki. Wiedza jest więc tylko jednym z komponentów – ważnym, niezbędnym, ale nie jedynym. Dobre szkolenie biznesowe nie polega wyłącznie na przekazaniu teorii. Jego celem jest realna zmiana sposobu myślenia, komunikacji i działania uczestników. Nauczyciel, psycholog, aktor Dobre szkolenie przeprowadza zatem uczestników przez zmianę. Powiedzieliśmy już, że szkoleniowiec musi mieć wiedzę na poziomie akademickim, którą w skondensowanej formie przekaże słuchaczom – to jeden obszar kompetencji. Drugi związany jest właśnie ze zmianą; szkolenie ma spowodować, że pozbędziemy się złych nawyków i zaczniemy rozwijać dobre. Brzmi prosto? Cóż, nie do końca. Czy potrafisz przywołać ze swojego doświadczenia jedną sytuację, w której ktoś powiedział Ci: „Słuchaj, robisz to źle. Zobacz, pokażę Ci, jak to powinno wyglądać” i przypomnieć sobie swoją reakcję? Naturalnym odczuciem w takich momentach jest dyskomfort, a naturalną reakcją reakcja obronna, chęć odrzucenia: „Co on mi tu opowiada, nie będzie mnie pouczał o czymś, na czym świetnie się znam”. Po pierwsze dlatego, że nie lubimy zmian. Po drugie, nie lubimy, kiedy wytyka się nam niedociągnięcia – czujemy się wtedy niepełni, mniej wartościowi, wywołuje to poczucie dyskomfortu porównywalne z tym, jakie czulibyśmy, gdyby ktoś obcy wszedł do naszego domu i zaczął go po swojemu urządzać. Szkoleniowiec staje więc przed zadaniem niezwykle trudnym – musi zneutralizować pojawiający się wśród uczestników dyskomfort, a przy tym ma być skuteczny. Ma sprawić, że ludzie wezmą wiedzę wyniesioną ze szkolenia i zaimplementują ją, wprowadzając nowe nawyki w codziennej pracy. Jeżeli poprowadzi szkolenie z nastawieniem „Słuchajcie mnie, jestem autorytetem, skończyłem 15 fakultetów i przeczytałem 1500 książek”, nie osiągnie niczego poza wywołaniem wśród uczestników irytacji. Musi więc mieć siłę mentora, ale przy tym pokorę mistrza zen. A także charyzmę prowadzącego ceremonię rozdania Oscarów, bo – i tu pojawia się trzeci, „aktorski” obszar kompetencji – musi umieć przykuć uwagę, rozbudzić zaangażowanie, w klarowny i przejrzysty sposób wyłożyć wiedzę, czasem zbić uczestników z tropu, czasem rozbawić, a czasem wesprzeć. Jakiekolwiek zaburzenie proporcji między siłą, pokorą i charyzmą od razu przekłada się negatywnie na skuteczność szkolenia – prowadzący albo będzie niewiarygodny, albo wywoła u słuchaczy reakcję obronną przed zmianą, albo najzwyczajniej w świecie będzie nudny. Tych umiejętności nie nabywa się, czytając książki. Nie da się ich nauczyć na dwudniowym kursie. Skuteczny trener biznesu buduje je przez setki, a często tysiące godzin spędzonych na sali szkoleniowej, prowadząc szkolenia sprzedażowe, szkolenia managerskie czy warsztaty z komunikacji interpersonalnej. Bezpłatny e-book: Jak usprawnić proces sprzedaży Praktyczny przewodnik dla właścicieli firm i menedżerów sprzedaży: jak uporządkować proces, żeby handlowcy domykali więcej i drożej. 20 maratonów w miesiącu No dobrze, ale czemu po prostu nie szkolić częściej? Przecież wtedy szkoleń byłoby więcej, a więc mogłyby kosztować mniej – w ostatecznym rozrachunku bilans byłby taki sam? Praca szkoleniowa jest jak maraton – wyczerpująca, a także wymagająca długotrwałych przygotowań i treningów. Po wielogodzinnym szkoleniu prowadzący jest po prostu zmęczony fizycznie, ale też wydrenowany psychicznie. Musi więc zregenerować się, zadbać o swój komfort i dobrostan. Najlepsi trenerzy biznesu korzystają nawet w tym celu z profesjonalnej terapii, superwizji lub regularnej pracy rozwojowej. Przygotowanie, praca, regeneracja – tak w uproszczeniu można opisać cykl pracy szkoleniowca. Nie da się szkolić codziennie, tak jak nie da się przebiec w ciągu miesiąca 20 maratonów. Dodajmy, że trener nigdy nie przestaje się uczyć – wiedza nieustannie się poszerza, świat się zmienia i ewoluuje. Jeżeli szkoleniowiec nie będzie na bieżąco, przestanie nadążać za zmianą, śledzić trendy i rozwój psychologii biznesu, komunikacji czy sprzedaży – przestanie być skuteczny. Dlatego profesjonalne szkolenia dla firm są efektem nie tylko doświadczenia, ale także ciągłej inwestycji w rozwój kompetencji trenera. Dobre szkolenie to inwestycja Na koniec o jeszcze jednym aspekcie, składającym się na wycenę pracy szkoleniowca – dobrze poprowadzone szkolenie to dla organizacji inwestycja, ponieważ zmiana w działaniu jest natychmiastowa i widoczna. Dobrze przygotowane szkolenia sprzedażowe, szkolenia managerskie czy szkolenia z komunikacji wpływają na efektywność zespołów, jakość obsługi klientów, poziom zaangażowania pracowników oraz wyniki sprzedaży. Oczywiście, szkolenie to tylko część procesu i nawet najlepsze nie zadziała, jeżeli nie wystąpi synergia ze zmianami zachodzącymi w organizacji. Dlatego zawsze dążę do tego, żeby w moich szkoleniach uczestniczyli menedżerowie, którzy będą potem moderatorami i opiekunami tej zmiany. W przeciwnym przypadku efekty szkolenia będą miały tendencję do erodowania, a stare nawyki nie znikną. Warto więc pamiętać, że cena szkolenia bardzo rzadko wynika wyłącznie z liczby godzin spędzonych na sali. Za dobrym szkoleniem stoją lata doświadczeń, wiedza, praktyka, umiejętność pracy z ludźmi oraz zdolność do przeprowadzania uczestników przez realną zmianę. Przeczytaj też: